do the joy.

Wiemy jak jest. Jest gorąco i lepko, makijaż spływa i człowiek ma ochotę rozebrać się jeszcze bardziej. Tak, zdecydowanie wolę to od siarczystego mrozu i tego syfu który zalega na ulicach i rzekomo jest śniegiem. M. nazywa go ‘śnieg z szitem’ albo ‘szit ze śniegiem’ (bo w sumie nie wiadomo czego jest więcej). A teraz co prawda już takiego syfu nie ma, za to jest masa turystów, odstawione laleczki przy których nawet ja czuję się grubo i mnóstwo mocno odsłoniętych ciał. I sauna w autobusie, w którym podobno działa klimatyzacja i w związku z tym ‘Prosimy nie otwierać okien’. No to nie otwieramy i parujemy za darmo. I nie, nie mam swojej idealnej temperatury bo taka po prostu nie istnieje. Poza tym, gdyby nie było narzekania, to ludzie by się średnio do siebie odzywali. I byłoby nudno, bo co to za frajda, kiedy wszystko jest piękne i idealne? Zwłaszcza że ideał to pojęcie bardzo, bardzo względne. Ale szczerze – naprawę nie mam ochoty na rozprawy dzisiaj. Bo dzisiaj jest dobrze. Dzisiaj jest właśnie tak. Dzisiaj chcę napisać, że letnie wieczory są piękne, że chcę tańczyć i wciągnąć głęboko w płuca ciężkie, parne powietrze. Potrzebuję być poza rzeczywistością w swoim własnym świecie gdzie nie ma erozji a ja sączę drinki z palemką. Ale nad polskim morzem. Koniecznie. Pozdrówcie je ode mnie.

A wieczory są naprawdę piękne. Są tylko nieco chłodniejsze, ale pełne ludzi i świateł. Uwielbiam letnie noce, mogłabym wcale nie spać tylko siedzieć, słuchać muzyki albo włóczyć się po mieście i pić zimne piwo które tak szybko robi się ciepłe. Zapomnieć o tym czym się martwię i poczuć, że jest trochę wolności, choć trochę. Śmiać się i tańczyć i mieć z kim wrócić i do kogo. Gdzieś w sobie odnaleźć wszystkie te dobre i zapodziane dawno rzeczy. Stanąć na nogi (dziewczętom polecam obcasy), rozprostować kości żeby aż w kręgosłupie chrupnęło, uśmiechnąć się do siebie i zacząć szukać. Każdy na pewno ma taki moment, że potrzebuje na moment stanąć by potem rzucić się w pogoń za uciekająca chwilą, szaleńczo pędząc i szaleńczo się śmiejąc z tego, że przecież nigdy tej chwili nie dogoni bo zaraz ‘zza krzaka’ wyskoczy następna i następna i następna. I ani się obejrzeć i być na drugim końcu miasta, zrzucić buty i pamiętać, dlaczego się tu jest. Taki czas kojarzy mi się z wirowaniem wokół własnej osi i smugami świateł. I uśmiechaniem się oczami. Hej, chciałabym tak, czemu mi się to nigdy nie udaje? Czas położyć temu kres i poczuć jak w sloganie Coca-Coli. Na rower, panie i panowie i jeszcze do tańca proszę. Więc niech tak będzie. Niech będzie cudownie i wspaniale, o smaku piwa imbirowego, cytrynowej Nestea i owsianych ciasteczek.

So do the joy, ladies & gentlemen. Do the joy.

PS. Moją radosną twórczość dedykuję koledze ŁD, którego wpis mnie zainspirował.

No i muzyka. I nie krzyczcie na mnie, że tak długo to trwało.

D.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s