birds don’t whistle, they just sing.

2,5 godziny z życia. Z perspektywy.

spisane: Warszawa, 08.10.2010. Czuły Barbarzyńca.


Godzina 9:48, w drodze na zajęcia. Mimo słońca i słonecznego półcienia jest zimno. Wieje ostry wiatr. Nie mocny, ale czuje się w nim mróz. To zimno, które barwi czubek nosa na czerwono. I to uczucie, że tak naprawdę nie było jesieni. Bo jesienią jeszcze są wakacje, więc trochę się na nią nie zwraca uwagi.

Godzina 11.20. Zamiast od razy biec do domu, postanowiła najpierw wybrać się nad Wisłę.

Przystanek zaraz obok uczelni. 12 minut czekania na autobus. Albo 19. To zależy od autobusu. Siada pod wiatą, żeby osłonić prawy policzek od wiatru. Przymyka oczy, z nierówno namalowanymi czarnym eyelinerem kreskami i wystawia je do słońca. Zagląda do portfela w poszukiwaniu pieniędzy, bo chciałaby wstąpić na herbatę do Czułego. Choć Czuły się ostatnio spsuł, jakby miał deficyt budżetowy. I większość herbat jest w tej chwili w torebkach. Ale to nie takie ważne, w końcu i tak jakaś liściasta się wynajdzie. Nadjeżdza autobus. Wsiada. Jedzie niedługo, w końcu to krótka trasa, tylko na Powiśle. Zapomina jednak, że autobus skręca w stronę Pragi, czyli przez most. Wysiada przy pomniku Syreny. W zasadzie powinna napisać ‘pomnik’ wielką literą, ale dla niej to Syrena jest ważna, nie pomnik. Nad Wisłą wciąż lato. Kwitną dzikie i białe i różowawe różyczki. Dotyka wody w fontannie. Bardzo zimna. Wciąga w płuca tak charakterystycznie pachnące nadrzeczne powietrze. Nadwiślańskie. Bo to jest specyficzny zapach Wisły. Większość pewnie powiedziałaby smrodek albo nawet smród. Są jednak gusta i guściki. Ona akurat lubiła ten zapach. Tak jak wszystko na tym brzegu dobrze jej się kojarzył. Z najlepszymi chwilami z życia. Przez chwilę obraca je w myślach jak kolorowe slajdy. Myśli zwłaszcza o lecie i poprzednim październiku.  Uśmiecha się na wspomnienie kilku scen, potem rozgląda się dookoła.  Dwie kobiety fotografują się nawzajem na tle fontanny i mostu. Jakiś chłopak portretuje Syrenę, pojawia się kilku rowerzystów i starszy pan z dziwnym plecakiem. Powoli schodzi nad samą rzekę. Mętna woda ledwo odbija światło. Na zwiędłych, wpół zatopionych kępach trawy walają się pozostałości po lecie – kapsle, butelki, niedopałki, kratki od szampana. Gdyby nie zeschnięte liście, wiatr i widok ludzi okutanych w szaliki, można by pomyśleć, że lato dalej trwa. Jest za to jedna rzecz, która nie jest w stanie zmylić częstej bywalczyni nadbrzeża. To pustka. Nadwiślańska pustka w południe oznacza, że mało kto ma wolny czas. Lub woli ten czas spędzić nad kubkiem herbaty/kawy.

Podchodzi do krawędzi. Tutaj, metr od lustra wody mulisty zapach dominuje nad wszystkim innym. Znowu się uśmiecha. Jeszcze raz wystawia twarz do wiatru i słońca, tak innego od tej letniej, złocistej tarczy. Lubi ten stan. Jest jej dobrze. Oblizuje spierzchnięte wargi. Przysłuchuje się terkotowi  suchego, poskręcanego liścia gnanego poziomym ruchem powietrza. Liść kończy swoją drogę w mętnym wiślanym nurcie. Ona odwraca się i kieruje swe kroki w przeciwną stronę. Na drugim skrzyżowaniu opada ją kolejny wyrazisty zapach. Gdy przechodzi na drugą stronę ulicy już wie co to – mieszanina zapachu włoszczyzny, owoców i spalin. Taki znajomy.

W końcu dociera do Czułego. Jakieś 2 lata temu nazwały to miejsce rajem. Witają ją miękkie, niebieskie kanapy, drewniane, składane krzesła i lekko bujająca się na czerwonych sznurach huśtawka. (Na której, notabene, nigdy nie siedziała.) Wynajduje liściastą herbatę i bierze kanapkę z brie. Jest tam sałata, ale cóż, ją pewnie jak zwykle wyjmie. Nie jest tu najcieplej, ale to nic nie szkodzi. Choć mogłoby być lepiej. Zawsze może być. Nawet w dobrym miejscu i dobrym czasie. Z zimna ściąga wszystkie mięśnie i przygląda się siędzącemu po przekątnej mężczyźnie w szarym swetrze. Wydmuchuje kółka z dymu i strzepuje popiół z wypalanego właśnie czerwonego Marlboro. Ona bierze łyk zielonej herbaty (jedynej liściastej). Pije, bo lubi, nie dlatego, że modnie jest pić. Ziewa. Ale to tylko przez wymagające, jesienne zimno. Bardziej wymagającej od zimowego.

Październik. I będzie coraz zimniej.

A muzyka.. ‘Ci Australijczycy, to oni jednak są..’ no tak.

Są.

i ate the red berries / the ones you told to leave alone. / on devil’s shoulder i leaned / as I fell through the clouds like a stone.

D.

birds don’t whistle, they just sing.

they sung their song.

(PS – i w tym momencie pomyślałam o ‘Sunset’ Kate Bush.. ‘who knows who wrote the song of summer / that blackbird sing at dusk? / this is the song of colour.. / where sands sing in crimson, red and rust / then climb into bed / and turn to dust..‘ …ech ta Kasia.)

Advertisements