and I could be a famous singer if I had someone else’s voice

…czyli o tym jak nie zostałam pisarką.

Kiedy zaczynałam pisać, bardzo chciałam być poetką. Wiersze pisałam naprawdę bardzo długo, nawet jeszcze sporadycznie na studiach mi się zdarzało, ale w pewnym momencie po prostu doszłam do wniosku że to nie to. Poezja nie jest tym co do końca czuję i choć pewien sentyment pozostał, lubię czasem do poezji zajrzeć, poczytać, to sama już zawiesiłam ten temat. Na pewnym etapie życia doszłam do wniosku że dużo bardziej rajcuje mnie proza – zarówno ta, którą czytam, jak i ta, którą jestem w stanie stworzyć. I tak jak na początku czytałam książki które miały jakieś oczywiste i konkretne zakończenie czy morał, tak obecnie lubię pewne nieoczywistości od początku do końca historii. To w czytaniu. A w pisaniu… w pisaniu idzie mi podobnie jak w poezji. Też w końcu dotarło do mnie że pisarką to ja raczej nie zostanę. Ale kiedy jeszcze wydawało mi się, że to wszystko jest takie proste, zaczęłam pisać opowiadanie, które miało być książką i potem znowu opowiadaniem. Pisałam ręcznie, w zielonym zeszycie formatu A4 w kratkę (nie znosiłam zeszytów w linie w szkole i do tej pory za nimi nie przepadam) – i koniecznie zielonym cienkopisem. W końcu zielony to mój ulubiony kolor (paradoksalnie mam tylko jedną zieloną rzecz w szafie, bo w tym kolorze nie wyglądam za ciekawie). Nie miała pełnego zarysu historii, pisałam ją bardzo spontanicznie i nigdy nie skończyłam. Jest w niej kilka fragmentów które lubię i pewnie dzisiaj po przeredagowaniu mogły by mieć pewien potencjał. Jeden z nich przedstawia fragment książki, której pisaniem zajmuje się główny bohater o imieniu Adam. Moje pisarstwo otrzymało tytuł Człowiek, który spadł z księżyca. Książka Adama tytułu nie miała, ale to ten fragment jest jednym z moich ulubionych.

KSIĄŻKA ADAMA. (s. 9 z 12 jakie kiedykolwiek powstały)

Wyszedł z domu. Tak po prostu wyszedł, nie wiedząc nawet dokąd iść. Każda droga wiodła w inne miejsce. Z powrotem do domu? Do niej? Do baru? Po prostu przed siebie? A może w miejsca nieznane. Wybrał jednak drugą opcję. Ani przez chwilę nie pomyślał że nie wie, gdzie ona teraz jest. Mogła być w kilku z tych miejsc, gdzie się zazwyczaj spotykali albo wszędzie. Wszędzie i nigdzie. Mimo tej niewiedzy czuł ją w każdym zakątku który mijał. Mogłoby się zdać, że jest pijany. Wszyscy Ci wielcy, złotouści pijacy twierdzili że wtedy czuje się najmocniej. Każdym potem skóry, najmniejsze drżenie i najlżejszy dźwięk. Wyczuwa się czyjąś obecność nawet jeśli ten ktoś jest daleko – albo nie ma go już wcale. Bzdura, pomyślał, wszystko nieprawda. To bardzo zdradziecki stan, upojenie, nie zawsze można mu ufać – a już najlepiej nigdy, jakiemukolwiek upojeniu. Nie był pijany. Chyba tylko po prostu zagubiony. Ale szedł do niej. Szedł, nie wiedząc właściwie dokąd zmierza, nie pamiętając jej imienia, które może zaczynało się na Zet, może na A. Pamiętał tylko że nie pasowało zupełnie do dorosłej kobiety i że była piękna. A on dalej szedł przez ulice powoli znikające w mroku szybko nadchodzącej jesieni, natykając się na coraz mniej ludzi, szukając jej. Nic jeszcze nie wiedział a na niebie nie było gwiazd, które mogły mu cokolwiek powiedzieć, wskazać kierunek. Pozostało mu jedynie iść dalej i dalej, nie wiedząc co znajdzie za rogiem następnej ulicy albo jeszcze gdzieś dalej…

#throwbackthursday | dlaczego kocham morze

To zdjęcie zrobiłam podczas pierwszej wycieczki w czwartej klasie szkoły podstawowej. Plaża we Władysławowie, wieczorny spacer po przyjeździe. Najpewniej to maj, wieczory są zdradliwe, dość jeszcze chłodne. Chłopcy rozbiegani, dziewczynki raczej stoją w grupkach i rozmawiają, zwyczajne wycieczkowe zajęcia. Te kilkanaście lat temu dokumentowałam głównie roześmiane twarze koleżanek i zabytki moim idioten-aparten pożyczonym od rodziców, który jeszcze nie do końca potrafiłam obsługiwać. Śmieję się kiedy przeglądam zdjęcia z tamtej wycieczki, krzywe, czasem prześwietlone kadry, pamiętam nawet że odwróciłam aparat obiektywem do oka bo myślałam że zrobię wtedy lepsze zdjęcie. Cóż, człowiek, zwłaszcza dziewięcioletni uczy się na własnych błędach, zwłaszcza tych które koledzy z klasy bezlitośnie wyśmiewają.

Ale to nie był mój pierwszy kontakt z morzem, a dokładniej z Bałtykiem. (W późniejszym życiu miałam również do czynienia z Morzem Śródziemnym, ale to jednak zupełnie coś innego).

Pierwszy raz nad morze trafiłam będąc jeszcze półrocznym dziecięciem, potem mając lat 5, 6… ogólnie rzecz biorąc, praktycznie wszystkie wakacje spędzałam nad jakąś wodą, jednak do -nastego roku życia były to głównie jeziora. Nad morze wróciłam mając lat.. nie pamiętam dokładnie, pewnie około 15. To jakoś wtedy moja ogólnopojęta wrażliwość zaczęła wykształcać się z banalnych wierszyków pisanych od czwartej klasy szkoły podstawowej. Dodatkowo w dość ciekawych okolicznościach poznałam kogoś i tak to się zaczęło. Poznałam nową muzykę i nawiązałam z naszym zimnym, kapryśnym morzem relację, w której pozostajemy do dziś.

Kiedy przyjeżdżam nad morze, bagaże zaniesione i pierwszy głód zaspokojony, biegnę się przywitać.
Dzień dobry, dobry wieczór, Pani Bałtyk. Tak, Bałtyk to kobieta. Każde morze jest dla mnie kobietą.

Nie wiem, jak określić tę relację. Wiele osób powiedziałoby po prostu że jest to miłość i być może nawet tak jest, jednak ma ona wiele różnych odcieni, w zależności od pogody, pory dnia, muzyki. Najlepiej jednak czuję się nad morzem sama, podczas zachodu słońca, gdzieś w środku lipca, kiedy jeszcze można zamoczyć nogi i nie zamarznąć. Lubię stanąć w wodzie z podkasanymi nogawkami spodni i czuć jak fale rozchlapują mi się o łydki. Czasem słucham fal, czasem zamykam oczy. Często słucham muzyki. lubię usiąść na piasku, wieczorem już chłodnym i objąć wilgotne od wody kolana, wpatrując się w horyzont, czekając na zachód słońca. Lubię też położyć się na piasku łapiącym już wieczorny chłód, nie przejmując się ziarenkami oblepiającymi włosy i stopy, wpadającymi do kieszeni i za paznokcie, patrzeć w ciemniejące niebo i wschodzący księżyc. Czasem widać też gwiazdy i szukam tych, których w mieście nie ma szans zobaczyć. W momencie w którym wchodzę na plażę i w każdej z tych sytuacji ogarnia mnie szczególny nastrój. Nie potrafię go opisać, ale jest to mieszanka zarówno radości jak i smutku, uspokojenie jak po pierwszym kieliszku wina i jakaś taka szczególna melancholia, która zdarza się tylko wtedy, kiedy fale Bałtyku rozbijają się o gładki brzeg. Niewiele wtedy myślę. Nawet jeśli chciałabym się skupić na jakimś temacie, bo w końcu samotne spacery po plaży sprzyjają rozważaniom na różne tematy, to wiem, że morze skutecznie mi to uniemożliwi. Moje myśli ogarnia wtedy łagodna fala i odpływam, daleko poza skupienie, daleko poza myśli, głosy i opinie. Uśmiecham się. Bałtyk wieczorem to najlepszy detoks. Oddycham pełną piersią, wciągam w płuca przyjemnie słone i chłodne powietrze. Ostatnie tony piosenki, ostatnie promienie zachodzącego słońca, jeszcze jedno spojrzenie. Spoglądam jeszcze przez moment w miejsce na niebie, gdzie jeszcze przed chwilą widniała pomarańczowa kula promieni, odwracam się i odchodzę. Wrócę na pewno. Zawsze wracam.