better the devil you know. jeszcze raz o książkach.

Nosiłam się z zamiarem napisania tego postu już jakieś dwa tygodnie. Pomysł na niego, równocześnie z tytułem, zakiełkowały u mnie w momencie kiedy w mojej głowie zapaliła się pewna żaróweczka.. ale po kolei.
Na początku muszę Was przeprosić. Bardzo chciałam i bardzo w siebie wierzyłam, że mój kącik recenzyjny wypali. Że w tym roku pochłonę tę zaległę masę książek, będę niczym książkowy potwór a recenzje będą się sypać jak z rękawa. Oh well. Cóż jednak, kiedy jak co roku dopadł mnie kryzys czytelniczy, konkretna czytelnicza niemoc. Zaczęło się już przy Tuwimie. Jak już w pisałam w poście recenzyjnym, czytanie biografii było dla mnie czymś nowym, a przynajmniej w mojej opinii nie jest to gatunek zbyt wdzięczny, o ile nie jest to czyjś konik. Jednak nie bez powodu największym powodzeniem od lat cieszą się kryminały i thrillery, książki które toczą się wartko, z wieloma zwrotami akcji i soczystymi opisami po drodze. I na początku myślałam że to jedynie kwestia gatunku książki, więc kiedy zadowolona przebrnęłam przez ostatnie 70 stron, natychmiast zabrłam się za kolejną lekturę. Najprawdopodobniej wciąż wisi ona jako kolejna książka przeznaczona do zrecenzowania, jednak z przykrością stwierdzam, że recenzji raczej się nie doczeka. Bo o ile podobał mi się pomysł i na początku byłam oczarowana czarnym humorem i bezpośredniością podchodzenia do pewnych spraw, to w pewnym momencie zmęczyło mnie przeładowanie wymyślnymi porównaniami, wydumaną momentami filozofią i w końcu – ekstremum, do którego autorka popycha główną bohaterkę. Nie byłam zadowolona, oczekiwałam czegoś więcej. Ale i tu podejrzewałam jedynie zmęczenie materiału więc sięgnęłam po kolejną książkę. Myślę, że mogło to mieć miejsce na początku stycznia. I od tej pory nic. Przeczytałam sto stron i nic. Książka leży i czeka aż natchnie mnie magiczny duch czytelnictwa, który sprawi, że na nowo wyląduje w mojej codziennej torbie jako dodatek do półgodzinnej podróży w jedną i drugą stronę, z domu do pracy i z pracy do domu. Ale nic takiego się nie działo. Nie kusiło mnie nawet to, że autorką jest Zadie Smith a książkę bardzo chciałam przeczytać w oryginale. Mniej więcej sto stron i koniec. Od tamtego czasu książka leży na biurku. Przez jakiś czas nie czytałam nic. Drogę do i z pracy spędzałam na stojąco, czasem słuchając muzyki a czasem przeglądając internet. Czasem po prostu gapiłam się przez okno, myśląc. Aż do czasu zapalenia się tej żaróweczki.
Czujecie czasem taki impuls, przychodzący nie wiadomo skąd? Iskra spontaniczności, czasem zachęca do zrobienia czegoś szalonego, nietypowego, czasem głupiego. Czasem jest to przebłysk geniuszu. A mnie ten impuls nawrócił do czytania. Zjawił się naprawdę znikąd, bardzo niespodziewanie. Zwyczajnie przebiegałam wzrokiem moje półki z książkami, kiedy mój wzrok zatrzymał się na tej jednej, wyjątkowej. Na książce z którą jestem bardzo mocno związana czyli “Białej gorączce” Jacka Hugo-Badera. Ta książka też zresztą wzięła się z impulsu. Dobrych kilka lat temu przeczytałam jego reportaż w świątecznym wydaniu Dużego Formatu czy też innego dodatku do Gazety Wyborczej i wtedy postanowiłam że muszę tę książkę mieć już, zaraz, natychmiast. Przeczytałam ją z zapartym tchem, a prawie trzy lata temu wybrałam się na spotkanie autorskie z okazji wydania “Dzienników Kołymskich”. Miałam okazję nawet otrzymać autograf i porozmawiać – a dopiero gdy czytałam ją dwa tygodnie temu uświadomiłam sobie, że autograf otrzymała w dzień niezwykły, a mianowicie 55 urodziny pana Jacka. Od “Białej Gorączki” (wydanie z reportażem mam zresztą do dziś) zaczęła się moja mania czytelnicza i mania reportażowa. A teraz ta znajmoma książka, ten dobrze znany diabeł sprawił, że teraz czytam już kolejną książkę, co prawda też już przeczytaną i też Jacka Hugo-Badera. Ale czytam i to jest dla mnie ważne. W większości czasu brak czytania mi nie przeszkadza, ale są momenty, kiedy sama się zastanawiam dlaczego właściwie przestałam sięgać do książek. Kiedy zapaliła mi się ta “żaróweczka”, naszła mnie refleksja, że te książki znajome, oswojone, są najlepszą drogą powrotu. Często książki znane są też najlepsze. Jedyne. Ukochane. Mocno z czymś związane. Przynoszące otuchę, ukojenie w chwilach zwątpienia. Czytamy je jednym tchem, mimo że historię znamy na pamięć. Warto czasem wracać do takich pozycji. Prawdopodobnie gdybym miała dzisiaj powiedzieć, które książki są najbliższe, pewnie nie doszłabym do 10, jak w pewnej fejsbukowej zabawie. Ale jest kilka takich, do których wiem, że zawsze będę wracać. I już w tej chwili czuję, że następna książka którą przeczytam będzie ta, którą bardzo dobrze znam. Znam na wylot. Jest ulubiona i najdroższa.

Kto zgadnie jaka?
Dziękuję, że jesteście mimo tej nieregularności, mimo niedotrzymanych obietnic. Mimo wszystko.

D.