what is, what should and what never could be czyli o moim blogowaniu krótkie rozważania

Medium społecznościowe przypomina mi, że nie publikuję od 24 dni. A statystyki mówią mi, że czasem do mnie zagląda ktoś. Czasem, co drugi dzień, ale zagląda ktoś. Fajnie, że jesteście. Nawet jeśli nie ma was wielu.
Kontynuując temat wielości, najwięcej w swoim życiu pisałam dla samej siebie. Dla jedności. Mam mnóstwo starych pamiętników, które często czytam, notesy pełne różnych przypadkowych zapisków, na komputerze mam folder z wierszami, opowiadaniami i strzępkami pomysłów. Zdarza się, że muszę się powstrzymywać przed kupnem kolejnego ładnego notesu. Ech.
Być może w dobie blogów tematycznych, mój powrót do pierwotnej idei bloga jako internetowego pamiętnika może wydawać się nieco zabawny i staromodny. Jednak uwierzcie mi, że czytam naprawdę sporo różnych blogów i szczerze mówiąc nie jestem pewna czy konkretna tematyka to jest coś co chciałabym robić. Fakt faktem, o wiele łatwiej przychodzi mi pisanie spontanicznych, często mocno emocjonalnych postów. I tak przestałam traktować moją własną życiową piaskownicę jak worek treningowy, bazgrolnik i staram się pisać częściej. Wciąż jednak planuję rzadko i z mocniej przemyślanych postów, oprócz recenzji biografii Tuwima był jeszcze ten o tym, dlaczego kocham morze. Post zaplanowany to post przemyślany. Taki, do którego pomysły i zdania rodzą się podczas codziennych podróży pociągiem i tramwajem. Tam też przyczyną jest iskra, słowo, obraz, gest, ale to wszystko jakoś dłużej dojrzewa, pęcznieje, aż w końcu którymś mniej sennym wieczorem zbieram się i stukam w klawiaturę. Często przed tym zapisuję urywki myśli w kalendarzu czy notesie. Ci, którzy ze mną pracuję, widzą, że czasem w chwili mniejszego skupienia coś tam zdarza mi się skrobać długopisem przyniesionym w domu. Czasem robię to tylko dla higieny umysłu (myślę, że jednym z powodów dla którego przez całe życie jeszcze nie zwariowałam, jest oczyszczanie umysłu poprzez przelewanie myśli na papier), czasem mam jakiś “genialny pomysł”. Stąd zawsze moja torba jest dociążona notatnikiem. Kto wie, kiedy przyjdzie mi coś do głowy.
O czym ja to? Ach tak, internetowy pamiętnik. Właściwie to lubię pisać właśnie o tym, co tu znajdziecie, o emocjach, wspomnieniach, skojarzeniach. Na własnym przykładzie. Ale kto może wiedzieć, co przyniesie mój pisarski los. Ten blog jest niczym esy floresy, które tak lubię rysować. Zaczyna się od kropki, a linie rozbiegają się po kartce fantastycznymi falami i zawijasami. Something’s cooking in the mind’s kitchen. Do przeczytania (mam nadzieję) wkrótce.
D.

futures, the past and present

[pisane nocą]

Sama siebie nie poznaję, kolejny już post. Głowa może nie pęka od pomysłów, ale tematy pączkują, dojrzewają, przychodzi ich czas, wychodzą na światło. Ostatnio do refleksji skłoniła mnie wizyta na wiślanym brzegu. Bo te miejsca jakoś przewijają się w moim życiu, brzeg głównie lewy ale prawy też odegrał swoją rolę. I kiedy noc była jeszcze młoda, zanim było pite i tańczone, zeszłam na nazwijmy-to-plażę, zdjęłam buty i spojrzałam w niebo, a w głowie ruszyła taśma. Niedługo minie dziesięć lat odkąd Wisła jest mi bliska. A zaczęło się od zupełnie innych rzeczy, gdzieś przy sali od matematyki na korytarzu gimnazjum, z discmanem Z. i “the band from north Dublin called U2”. Pewnie bez tego i dalszych wydarzeń związanych z czterema Irlandczykami, nie pokochałabym Wisły zanim nie pokochali jej wszyscy inni. Kiedy była dzika i bez potencjału.

Większość wspomnień się ze sobą nie łączy i nie wynika jedna z drugich a raczej z następstwa czasu. Spaja je tylko waga osób, które tam ze mną były i pewna przewidywalność zdarzeń. I moja (nad)wrażliwość, czasem może tani romantyzm. W niedzielę pierwszy raz widziałam nadwiślański świt. Wschód słońca, czwarta, piąta nad ranem. Dużo zachodów wcześniej i ten jeden wschód teraz. Niesamowicie banalne, a gdybym była mniej pijana, pewnie uroniłabym łzę ze szczęścia. A tak tylko mamrotałam jakie to jest zajebiście piękne. Przepraszam, poniosło mnie.

Ale kiedy wspomnienia następowały po sobie, nie mogła znieść tych miejsc, które były mi bliskie. Trochę tak jak z piosenkami, couldn’t listen to a joke or a rock’n’roll, jednej nie mogłam słuchać przez rok. Ale przeszłość została zaakceptowana, pamięć jest selektywna. Kiedy byłam młodsza i głupsza, przeszłość wpływała na mnie dużo bardziej. Dużo mocniej biła po twarzy, porażała nagłymi skojarzeniami, jak jeleń w świetle reflektorów. Dużo się do niej odwoływałam, analizowałam. Dużo pisałam w rozlicznych pamiętnikach, potrafiłam jedną rzecz obracać w głowie i w piśmie po tysiąc razy. Ale młoda byłam i głupia. Przeszłość na mnie wpływała a ja nie uczyłam się niczego. Teraz dopiero, z perspektywy kilku lat patrzę na siebie i się śmieję, teraz dopiero się uczę, teraz staram się nie popełniać starych błędów. Są sytuacje które lubią się powtarzać, są rzeczy żywcem wyjęte ze snu deja vu i dopiero teraz wiem, przewiduję sama siebie, jestem spokojna, bo to już przecież było. A czasem wiem jak było a i tak głowa robiła co chciałam i ja robiła co chciałam i wiedziała co będzie a nic się nie nauczyła. Często sobie powtarzam, że wtedy byłam w jakimś punkcie życia, która wybacza pewne rzeczy, a potem już nie, potem już jest tylko głupota i “a nie mówiłam”?

Nie chciałabym być więźniem przeszłości, choć dużo najlepszych rzeczy zdarzyło się właśnie tam. Nie mogę powiedzieć, że nie lubię własnego życia, ale czasem mam wrażenie, że kiedyś było dużo prościej. Choć pewnie wtedy tak nie myślałam, a tylko jeszcze bardziej brałam rzeczy do siebie.

Teraźniejszość jest wypadkową wszystkiego.

[pisane wieczorem innego dnia]

wczoraj poczułam wyjątkową potrzebę zobaczenia się z A. (Y!) Wypiłyśmy całą butelkę wina i płakałyśmy ze śmiechu, właśnie nad naszą przeszłością. Jakie to wtedy było proste. Jakie to były wtedy problemy! Że to były piękne czasy. Śmiałyśmy się z samych siebie, wspominałyśmy. Cytowałyśmy naszego starego bloga, którego nikt nie czytał poza nami. Ale w końcu jeden plus jeden to trzy. Tam znalazłam cytat, który zresztą sama dodałam, a z którym zgadzam się w całej jego rozciągłości:

“Uważam, że wspomnienia powinno się przechowywać wyłącznie w nas samych. Pozwalać czasowi zniekształcać je, zacierać i rozmazywać. Tylko wtedy mają jakiś sens. Można potem wydobywać je z pamięci, wypłukane i wygładzone niczym kamienie z dna rzeki. Próbować odnajdywać pierwotny kształt. Omijać, co nieistotne, dodawać to, czego brak, rekonstruować zagubione szczegóły. Bez żadnych ograniczeń budować z nich własną wersję przeszłości.”

jan krasnowolski soup a la bremenese / klatka

Z tym Was zostawiam. Od soboty urlop. Zamojszczyzno, nadchodzę!

niezmiennie,
D/X