ten post nie będzie miał tytułu, ale będzie miał kropkę na końcu.

Miło wiedzieć, że ktoś tu zagląda. Czasem, ale jednak.

Choćby na krótką chwilę. Dobrze że jesteście.

Ja też jestem, znów. Trochę czasu minęło, ale znowu nie tak wiele. Jakoś łatwiej mi się pisze kiedy mam o czym myśleć i kiedy pewne rzeczy same formują się w głowie jak kłębki kurzu i sterty liści. Liście spadły po upalnym lecie. Jesień przyszła. Światło mówi: wrzesień, niemalże październik. Zimno. Chowam się w długich rękawach i wełnianym kapeluszu, ręce wbijam głęboko w kieszeni. Wiatr wpycha mi włosy do ust, kiedy szybkim krokiem idę na poranny pociąg. Zbiegam po schodach na peron wprost w kałużę. Krzywię się. Czerwone tenisówki to zdecydowanie nie buty na taką pogodę.
Jazda pociągiem jest krótka, ale czasu na myślenie jest wystarczająco dużo. Wilgoć. Ludzie parują od deszczu, czytają, kiwają głowami do muzyki, próbują złapać jeszcze te kilka chwil zanim drzwi pociągu się otworzą a rzeka zaleje perony i schody. Dzień jak codzień. Dalej jest zimno, myślę o herbacie którą zrobię sobie w pracy. Dzisiaj wypiłam cztery, sezon herbaciany można więc zdecydowanie uznać za otwarty.

Nie słodzę. A kawę piję teraz rano i czasem popołudniu, kiedy nadchodzi druga runda starcia z sennością i niskim ciśnieniem.

W pracy nie myślę. Chociaż nie, czasem myślę i zapisuję to co myślę dla higieny umysłu. Zawsze tak miałam, zawsze musiałam pisać co mnie męczy, denerwuje, metafizyczne rozważania i bardziej przyziemne sprawy. Stare pamiętniki czasem rozbawiają mnie do łez a czasem myślę, że ta kilkunastoletnia-dwudziestoletnia ja miała więcej rozumu niż ja teraz. Była mądrzejsza, dojrzalsza. Tak myślę, że wtedy miałam rację częściej niż ja mam teraz. Czasem uczę się od swojego przeszłego „ja”. Myślę, że już o tym pisałam, w poście w którym płynie Wisła. Kiedy lato dopiero się zaczynało a słońce wstawało o czwartej rano.

Często myślę razem z muzyką. Jakiś tekst, jedno zdanie uwalnia z haczyka wspomnienie – myśl, obraz, skojarzenie, sytuację. Czasem dopada mnie przez to stara muzyka, coś czego nie słuchałam od wieków i pewnie straciłam razem ze starym dyskiem z komputera. Dużo częściej jednak to sytuacja powoduje muzykę. Ostatnimi czasy, pieprzona melancholia. I te pozbijane kłębki myśli które pomału rozrywam na kawałki w swojej głowie. Próbuję zrozumieć czego chcę, czego się boję i dlaczego, czemu dzieją się rzeczy takie a inne. Czemu znowu początki i końce ale więcej początków, więcej rozczarowań samą sobą i innymi, więcej oczekiwań i więcej strachu. Próbuję zrozumieć siebie, dlaczego jestem taka jaka jestem, ogarnąć to że wszyscy jesteśmy trochę wariatami. I dlaczego bywam dla siebie najsurowszym sędzią, kiedy inni mnie komplementują, kochają, uśmiechają się. Siedzę z boku. Patrzę w górę. Odwracam wzrok, patrzę w podłogę. Zakładam kapelusz, owijam się szalikiem, wychodzę w deszcz, wiatr, chmury. Jesień. Uśmiecham się do myśli w których tańczę po całej sali, boso. Kradnę kapelusz. Mało kto wie, że kocham tańczyć, że mogłabym tańczyć sama na środku ulicy, bezstylowo, tak po prostu. Przez te kilka godzin czułam się żywiołem (jakkolwiek beznadziejnie i banalnie to brzmi), jak trickstery tylko trochę mniej złośliwa. Łagodna. Roześmiana. Nawet teraz gdy to piszę, uśmiecham się na to świeże wspomnienie. Próbuję siebie zrozumieć, ale nie wiem czy kiedykolwiek mi się to uda. Zanurzam się w muzyce. Marzną mi ręce.
Jesień.
D.

Advertisements