october, czyli o ósmym miesiącu który jest dziesiątym. obrazki.

No to jest. Październik. Tym razem niepostrzeżenie przemknął się po trzydziestu dniach różnego września. Właściwie bezboleśnie, bo ostatnie dni września raczej nie rozpieszczały ciepłem, zwłaszcza o poranku. Porankami od zimnego powietrza boli nos i ma się ochotę wrócić po rękawiczki. Inny jest wiatr, inne światło. Wszystko bardziej ostre, przejrzyste. A gdy zbliża się osiemnasta, słońce coraz szybciej zwija się za horyzont znacząc niebo kontrastującym, bursztynowym pomarańczem. O dziewiętnastej nikt już nie pamięta co było wcześniej. Ciemność i jeszcze mocniejszy chłód. Nie wątpię, że jeszcze i w miesiącu paździerzy zdarzą się piękniejsze, cieplejsze dni, ale nie zamaskują one zbliżającego się czasu hibernacji.
A melancholia trwa. Jesienią zawsze czuję się jakby coś mnie zjadało od środka. Czasem tylko kąsa, podszczypuje po kawałku, a czasem szarpie jak wściekły pies. Daje się to zwłaszcza odczuć kiedy rano jadę do pracy (wróciłam na razie na starą, tramwajową półgodzinną trasę) i zwłaszcza jeśli czytam książkę. Odcinam się wtedy totalnie od rzeczywistości i muszę tylko pamiętać, żeby wysiąść na swoim przystanku, obok drzewa które z zielonego stało się żółte a teraz już prawie bezlistne. Kilkanaście dużych kroków, głęboki wdech, skrzywienie ust. Kolejny dzień. Kiedy wracam jest jeszcze jasno ale ostatnie wyjście z pracy o dziewiętnastej boleśnie uświadomiło mnie, jak szybko październik kradnie dzień. Co tam po dodatkowej godzinie snu, kiedy już za chwilę zacznie się kilkumiesięczny deficyt światła. No light, no light. Bądźcie pewni, że i wtedy do Was przyjdę.

Tymczasem próbuję znaleźć idealną równowagę, ten cudowny balans który zdarza się tylko czasami, kiedy stoi się na jednej nodze nad przepaścią i kręci piruety. Z odpowiednią dozą respektu dla wysokości, z wystarczającą nieustraszonością by wiedzieć, że nie spadniesz. Z dumą, że się udało, z błogą nieświadomością tego co może być jutro i tego, co kryje się pod zwojami mgły na dole, lecz ze świadomością, że jest ktoś kto czeka na dole by cię złapać, kto stoi za Tobą, by się podtrzymać gdy się przewrócisz. Próbuję wierzyć, że tak powinno być przez cały czas, ale jednocześnie kąsająca melancholia (staram się trzymać ją w ryzach ale nie zawsze się to udaje) przypomina mi że takie chwile zdarzają się niezwykle rzadko i nie sztuką jest żyć, gdy ma się wszystko, ale wierzyć, że gdy czegoś brakuje (a przecież zawsze czegoś brakuje, jakiegoś trybiku, przebłysku słońca, odpowiedzi na pytanie: dlaczego?) też można, a nawet trzeba funkcjonować.

Pływam w morzu melancholii i próbuję się nie utopić.

A gdy jesienią, październikiem, zawodzą mnie słowa a niektóre kroki noszą znamiona wahania, wracam zawsze do tej piosenki.

seasons change, memories fade
daydreams fall like golden leaves

another day
i’m watching dreams just slip away
the summer moon

gives way to autumn’s dusky gloom

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s