opowiem wam coś o byciu smutnym.

Nadszedł listopad. Obiecałam, że wrócę. Musiałam wrócić.

Pewnie do samego końca pisania tego posta będę miała chęć go skasować. Pewnie kilka osób popuka się w czoło i powie, że tak właśnie trzeba było zrobić. Bo pisać będę o rzeczach niepopularnych, nie wpisujących się w obecną rzeczywistość: że zawsze trzeba być twardym, że okazywanie słabości jest be, że trzeba być minimalistycznym, elastycznym, poker face. Będę pisać o tym, że ja się z tym nie zgadzam. Że co roku, na przełomie jesieni i zimy mam ochotę zapaść się pod ziemię, nieważne co się dzieje, dobrze, źle, normalnie, ta jesienna melancholia którą dzieliłam się z Wami w październiku, w listopadzie i grudniu zmienia się nieuchronnie w jesienny dół, gdzie niesamowicie szybko przychodząca ciemność i zimno są przyczynkiem do gwałtownego spadku nastroju w dół. Dodatkowo tak się jakoś składa że ten listopad i grudzień są zawsze dla mnie życiowo ciężkie a krótkie dni i deszcz jakoś w tym niespecjalnie pomagają.

Pewnie pamiętacie posta o zmianach. O końcach i początkach. Ale wtedy był marzec. Z perspektywy czasu widzę, że ta zmiana była bardzo pozytywna, dobra, choć początkowo było mi naprawdę ciężko to sobie przyswoić, ale pozytywy wyszły na światło dzienne dość szybko. Tylko nic się z tego nie nauczyłam, bo nie chciałam, i dalej nie chcę.

Bycie idealistką jest trudne, bo gdzieś tam w głębi jest ten ciągnący, bijący po twarzy sceptycyzm, twardy realizm: nic nie trwa wiecznie. Pewne są jedynie zmiany a logika zostaje za drzwiami. Więc się nie nauczyłam. Bo jestem taką osobą, która szybko i łatwo się przyzwyczaja. Do ludzi, miejsc, do czystego stanu rzeczy. I kiedy kilka tygodni temu A. powiedziała mi że będę musiała na jakiś czas (jaki? niewiadomo, krótszy, dłuższy, kto to wie) porzucić swoją strefę komfortu, zostawić znajome miejsca miejsca i twarze (ale przecież nie jesteś jedyna, zresztą tu się tak szybko wszystko zmienia, nie wiadomo co będzie za x czasu), ogarnął mnie najpierw strach, potem pewna ciekawość a na końcu szalony sprzeciw i smutek. I ten smutek trwa we mnie do dziś i nie chce odejść. Żeby nie było, nie przeganiam go jakoś specjalnie intensywnie, ale też staram się go nie pielęgnować. Naprawdę nie lubię być smutna. Ale taka jest prawda: nie jestem twarda, często wręcz bywam miękka jak plastelina, ufna w ten świat, wrastająca w glebę mocno jak chwast. Próbuję pogodzić się ze zmianami, ale idzie mi to naprawdę kiepsko, bo kiedy wydaje mi się że będzie dobrze, coś w mojej głowie robi pstryk, tłucze szklankę, leją się łzy. M. posunął się nawet do twierdzenia że robię z tego tragedię, że przecież to takie nic. No pewnie. Takie nic, ma rację, przecież to nic, ja o tym wiem. Ale jednak jest mi smutno. I to prześladuje mnie, czai się gdzieś w zakamarku umysłu, kiedy tylko mija kolejny dzień a ja wiem że to jest kolejny dzień przybliżający mnie do zmiany. Boję się. Otwarcie i nietypowo dla naszych czasów przyznaję się: tak, boję się. Jestem pełna słabości i ufności i strachu i boję się i nie chcę, a jednocześnie wiem, że takie po prostu jest życie i trzeba to zaakceptować. Kto wie, gdzie spotkamy się za chwilę.

Wrzucam bez zastanawiania się i bez edycji.

Advertisements