darker days, the longest night.

(dzisiejszy wpis sponsoruje spacer po księżycu.)

(będzie dużo muzyki.)

Słońce w znak Koziorożca weszło dziś o 5:48. Dwudziesty pierwszy dzień grudnia. Najkrótszy dzień, najdłuższa noc. Astronomiczna zima? Gdzie, ja się pytam? Ciemno, mokro. Trochę jak na jesieni, więc tym gorzej. Chyba wolałabym zimę. Wyglądam z okna na dziesiątym piętrze, po trzeciej było już ciemnawo, a potem już tylko ciemno, jakby smok z baśni pożarł słońce. Gdzie to słońce? Wszędzie same chmury. Wyglądam znowu. Ciągle tylko wyglądam i ciągle zbyt mało nieba. Warszawski, śródmiejski horyzont.

W tym ciągnącym się jak guma do żucia już zupełnie bez smaku grudniu jestem wyjątkowo czuła na skojarzenia. Czasem przypałętują się zupełnie bezwiednie. Mgliste, niejasne, a jednak dobre, przyspieszają czas. Albo jakieś echo z przeszłości uderza tak mocno, że czuję się jakby ktoś fleszem strzelił mi prosto w oczy. Przez wgląd na szarą, wilgotną tęsknotę głowa pracuje na pełnych obrotach, chłonąc momenty jak gąbka. Zamykam je w sejfie pamięci, naklejam na taśmę, puszczam film. Będę go oglądać aż poznam go na pamięć, klatka po klatce. Aż nie powstanie kolejny film.

Skojarzenia nie dotyczą muzyki. Po raz kolejny, aż do znudzenia, couldn’t listen to a joke or a rock’n’roll i że jednej piosenki nie mogłam słuchać kiedyś przez rok. Nie żeby wspomnienia były złe. Tylko związane z osobą której chciałam nie pamiętać. Więc teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek doceniam uniwersalizm muzyki którą znam. Muzyki która napędza filmy w mojej głowie przez cały czas, czasem się kojarzy, ale jednak raczej nie, dzięki której nie popadam w ekstremizm. Nie żebym czasem nie włączała specjalnie, czegoś co wstrząsa mną, wyciska łzy, ciarki przechodzą nie tylko po plecach.

(Jak to. Albo to. Mało która piosenka wywołuje u mnie takie ciary. A to to już w ogóle niszczy i miażdży. I nie dlatego że się kojarzy, słodko-gorzko. Bo najpierw zmiażdżyło i zgniotło i odebrało mowę.)

…ale raczej trzymam się stabilności, bo w sumie mi jej teraz potrzeba, stabilności, stabilizacji, stabilizatora. Punktu zaczepienia. Muszę złapać oddech, trochę dystansu, od stanu gdzie dziesiąte piętro to jednocześnie za wysoko i za nisko, gdy mój świat przypomina kulę wypełnioną deszczem, gdy działam na autopilocie, gdy mam nadzieję uniknąć szaleństwa* i gdy fałszywy uśmiech przykleja mi się do twarzy na zbyt długo i gdy zbyt długo musisz czekać na cud. Czuję jak nitka zwija się w kłębek. W kłąb, a we mnie rośnie coś, czego jeszcze nie potrafię określić, ale rośnie na złej glebie. Nienawiść nie jest siłą twórczą, jednak tylko to momentami trzyma mnie na powierzchni.

A jednocześnie, obok desperacji czuję ogromną łagodność, ale nie taką wynikająca z rezygnacji. Łagodność, która rozmywa kontury rzeczy i szuka jasnych punktów. Łagodność, która daje nadzieję – dobrą zmianę. Łagodność, która przynosi wiarę w moc sprawczą słów wypowiedzianych na głos. Która pozwala doczekać na kolejny film z dobrych wspomnień.

Która daje światełko w tunelu.

*(i’m hoping for myself to escape insanity. i’m hoping.)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s