i’m not turning back around

czyli sentymentalizm pierwszego kwartału.

czyli znowu wspominam.

ale tylko troszeczkę.

troszeczkę grzebię w przeszłości, jak kura pazurem po ziarno.

ale staram się, żeby niewiele, bo życie trzeba żyć do przodu.

Wczoraj był jeden z pierwszych dni, kiedy na dziesiąte piętro, na równie niedobrą drugą stronę budynku zawitało słońce. Mrużąc oczy co chwila rzucam spojrzenie za okno. Przez moment czuję jasność i spokój. Włosy wydają się prawie złote, wiem że oczy też ładnie błyszczą. Jednocześnie słońce uwydatnia wszystkie niedoróbki makijażu, grudki, krostki, nierówności. Suche usta. Przyszła wiosna. Już czas.

Wciąż czasem mam ochotę się ukryć, zawinąć w kokon, uciec, odlecieć, zamknąć oczy. Wciąż czasem widuję duchy bardzo żywych wspomnień, czasem w najmniej spodziewanym miejscu. Wciąż czasem jakaś myśl trafia mnie obuchem i mam ochotę płakać. Ale wiem że to nigdy nie minie.

(Nie istnieje na świecie taki nóż, który odcina na zawsze od przeszłości tak jak nie istnieje eliksir zapomnienia. Nie da się ukryć. Nie można tylko odwracać oczu.)

To nie minie nawet z kolejną wiosną, kolejnym latem a nawet życiem, bo taka po prostu jestem. Ale dzielnie idę naprzód, bo nie ma innej możliwości. Nie palę mostów, nie zamykam drzwi. Otwieram okna i wpuszczam powietrze.

Używam więcej szminek i chyba w końcu skrócę włosy bo może w końcu czas puścić się tej liny. Ile można trzymać się nadziei. Ale to też nic złego. Odrobina obojętności jeszcze nikomu w życiu nie zaszkodziła. Nie żebym specjalnie chciała, ale właśnie w tym upatruję swojej szansy. Bo inaczej to wszystko mnie zje. A ja emocjom najwyraźniej bardzo smakuję. To trochę jak z komarami.

Gorzka krew. Zgorzkniały umysł. Czarna dziura, serce. Dziurawe serce, trochę połatane. Inaczej nie da rady. Zapomniane złe, zapomniane dobre sny. Dzień jak codzień.

Zima, której właściwie nie było, już przeminęła. Na dziesiątym piętrze wczoraj cudowny zachód słońca. Za chwilę zdejmę czapkę i włosy zjaśnieją, z szuflady wyciągnę ciemne okulary, białe koszulki i szare spodnie. Zawiążę sznurówki w tenisówkach, przejdę przed jezdnię, mijając stojący na przystanku tramwaj. Wjadę na dziesiąte piętro i powiem: cześć, co słychać.

Spojrzę przez okno szukając słońca –

i’m not turning back around.