masz dzisiaj wspomnienia.

“Ja tu czekam na konkretny news a nie, ze ktos zalozyl spodnice” (pisownia oryginalna) – przeczytałam dzisiaj na pewnym portalu plotkarskich (no dobra, i tak wiadomo że chodzi o Pudelka i tak – czytam, choć może powinnam się tego wstydzić.)

Chociaż akurat moim zdaniem założenie spódnicy to dobry materiał na news, brakuje mi kobiet które tak się noszą.

Czekałam akurat na tramwaj, słuchałam muzyki (wyjątkowo, ostatnio rzadko mi się to zdarza na ulicy, w drodze, a tak w ogóle thanks Spotify, przypomniała mi się i nie mogę się od niej uwolnić…) kiedy w kieszeni zawibrował telefon. Facebook. “Masz dzisiaj wspomnienia w których…”

Seriously, dear Facebook? Wiem, że mam wspomnienia. Bo jak to – dzień bez wspomnień? Niemożliwe. No i umówmy się że większość moich wspomnień pochodzi z czasów przed Facebookiem (to chyba dobrze, nie – to bardzo dobrze. Skoro nawet ja sama śmieję się z tego co napisałam 6, 7 lat temu..)

Na marginesie chciałabym zauważyć, że po ostatniej lekturze pamiętnika doszłam w wniosku (bo przecież do czego można dojść jak nie do… wniosku?) że moje życie to konstans. (constans = stała, niezmienna. Pan Hieronim od fizyki wymawiał to słowo tak pięknie…) Te same błędy, te same sytuacje, zero nauki, ten sam ton i nadmierna egzaltacja. Nawet używam tych samych słów! Jak to ujęła Daria z przeszłości, niespełna dwudziestoletnia: wiem, że kiedyś to przeczytam i będę się śmiała. I oczywiście miała rację, i śmiałam się nawet z tego że ją miałam, i śmiałam się z tego co napisałam. Jakie miałam problemy. Bo nawet złe, kiepskie, takie sobie wspomnienia z czasem zamieniają się w dobre. Choć kiedyś były najważniejsze na świecie, teraz są tylko okazją dobrego śmiechu.

Więc dzięki Facebooku. Czasami robisz mi dzień.

Notabene 11/04 minęło 6 (!) lat odkąd zaczęłam blogować. Za szybko ten czas leci.

 

Advertisements

i’m not turning back around

czyli sentymentalizm pierwszego kwartału.

czyli znowu wspominam.

ale tylko troszeczkę.

troszeczkę grzebię w przeszłości, jak kura pazurem po ziarno.

ale staram się, żeby niewiele, bo życie trzeba żyć do przodu.

Wczoraj był jeden z pierwszych dni, kiedy na dziesiąte piętro, na równie niedobrą drugą stronę budynku zawitało słońce. Mrużąc oczy co chwila rzucam spojrzenie za okno. Przez moment czuję jasność i spokój. Włosy wydają się prawie złote, wiem że oczy też ładnie błyszczą. Jednocześnie słońce uwydatnia wszystkie niedoróbki makijażu, grudki, krostki, nierówności. Suche usta. Przyszła wiosna. Już czas.

Wciąż czasem mam ochotę się ukryć, zawinąć w kokon, uciec, odlecieć, zamknąć oczy. Wciąż czasem widuję duchy bardzo żywych wspomnień, czasem w najmniej spodziewanym miejscu. Wciąż czasem jakaś myśl trafia mnie obuchem i mam ochotę płakać. Ale wiem że to nigdy nie minie.

(Nie istnieje na świecie taki nóż, który odcina na zawsze od przeszłości tak jak nie istnieje eliksir zapomnienia. Nie da się ukryć. Nie można tylko odwracać oczu.)

To nie minie nawet z kolejną wiosną, kolejnym latem a nawet życiem, bo taka po prostu jestem. Ale dzielnie idę naprzód, bo nie ma innej możliwości. Nie palę mostów, nie zamykam drzwi. Otwieram okna i wpuszczam powietrze.

Używam więcej szminek i chyba w końcu skrócę włosy bo może w końcu czas puścić się tej liny. Ile można trzymać się nadziei. Ale to też nic złego. Odrobina obojętności jeszcze nikomu w życiu nie zaszkodziła. Nie żebym specjalnie chciała, ale właśnie w tym upatruję swojej szansy. Bo inaczej to wszystko mnie zje. A ja emocjom najwyraźniej bardzo smakuję. To trochę jak z komarami.

Gorzka krew. Zgorzkniały umysł. Czarna dziura, serce. Dziurawe serce, trochę połatane. Inaczej nie da rady. Zapomniane złe, zapomniane dobre sny. Dzień jak codzień.

Zima, której właściwie nie było, już przeminęła. Na dziesiątym piętrze wczoraj cudowny zachód słońca. Za chwilę zdejmę czapkę i włosy zjaśnieją, z szuflady wyciągnę ciemne okulary, białe koszulki i szare spodnie. Zawiążę sznurówki w tenisówkach, przejdę przed jezdnię, mijając stojący na przystanku tramwaj. Wjadę na dziesiąte piętro i powiem: cześć, co słychać.

Spojrzę przez okno szukając słońca –

i’m not turning back around.

 

#throwbackthursday | z archiwum różowego zeszytu 1

Różowy zeszyt brzmi sprośnie – ale to po prostu jeden z moich rozlicznych notatników w których zapisywałam kilka, kilkanaście stron a potem porzucałam. Ten fragment ma konkretną datę zajęć na kursie z literatury amerykańskiej. Bardzo lubiłam wtedy pisać czarnymi i czerwonymi cienkopisami i rysować fantastyczne formy, kwiaty, motyle, zawijasy. Pisałam i jednocześnie w to pisanie wkomponowywałam słowa prowadzącego i czasem wychodziły z tego naprawdę zaskakujące kombinacje.

18/03/2014 (pisownia i składnia oryginalne)

(…)

Kiedyś wydawało mi się, że kreacja literacka to takie ubranie w które ubiera się pisarz. A tak naprawdę to nie, ale tak to sobie wyobrażam, kiedy słyszę te słowa.

(…)

Osoba, która mówi pięknymi zdaniami, pięknymi słowami. Smakuje słowa. Są słodkie jak cukierki, jak słodkie białe wino pite w czerwcu o zachodzie słońca. Są bogate w smaku. Smak słów nigdy nie jest płaski, ma wiele odcieni. Są różne rodzaje słodyczy, słoności czy ostrości. Słowa mają swoją fakturę, którą nieraz czuć na języku. Czasem utykają między zębami i potrzeba więcej niż wykałaczki by je stamtąd wyciągnąć.

(…)

Czasem słowa więzną w gardle, jak źle przełknięty kawałek kanapki. I tak samo jak kawałkiem kanapki, można  się taki słowem udusić. Zarówno fizycznie jak i psychicznie. Ale to trwa. To bardzo powolna i smutna śmierć. Znam jedną taką historię.

Jak jeden chłopak nie mógł powiedzieć dziewczynie że ją kocha. Ani jej, ani nikomu innemu. Inne słowa wypowiadał z łatwością, ale miłość nie chciała przejść mu przez gardło. I mimo dość sporego grona przyjaciół i rodziny (bo mimo wszystko był dobrym człowiekiem) umarł sam. Samotnie. Pozbawiony miłości, której miał w sobie całe mnóstwo, która, gdyby mogła, wylewałaby mu się uszami. Miłość, która nie miała ujścia, bo łatwiej jest zrozumieć słowa niż czyny.

 

darker days, the longest night.

(dzisiejszy wpis sponsoruje spacer po księżycu.)

(będzie dużo muzyki.)

Słońce w znak Koziorożca weszło dziś o 5:48. Dwudziesty pierwszy dzień grudnia. Najkrótszy dzień, najdłuższa noc. Astronomiczna zima? Gdzie, ja się pytam? Ciemno, mokro. Trochę jak na jesieni, więc tym gorzej. Chyba wolałabym zimę. Wyglądam z okna na dziesiątym piętrze, po trzeciej było już ciemnawo, a potem już tylko ciemno, jakby smok z baśni pożarł słońce. Gdzie to słońce? Wszędzie same chmury. Wyglądam znowu. Ciągle tylko wyglądam i ciągle zbyt mało nieba. Warszawski, śródmiejski horyzont.

W tym ciągnącym się jak guma do żucia już zupełnie bez smaku grudniu jestem wyjątkowo czuła na skojarzenia. Czasem przypałętują się zupełnie bezwiednie. Mgliste, niejasne, a jednak dobre, przyspieszają czas. Albo jakieś echo z przeszłości uderza tak mocno, że czuję się jakby ktoś fleszem strzelił mi prosto w oczy. Przez wgląd na szarą, wilgotną tęsknotę głowa pracuje na pełnych obrotach, chłonąc momenty jak gąbka. Zamykam je w sejfie pamięci, naklejam na taśmę, puszczam film. Będę go oglądać aż poznam go na pamięć, klatka po klatce. Aż nie powstanie kolejny film.

Skojarzenia nie dotyczą muzyki. Po raz kolejny, aż do znudzenia, couldn’t listen to a joke or a rock’n’roll i że jednej piosenki nie mogłam słuchać kiedyś przez rok. Nie żeby wspomnienia były złe. Tylko związane z osobą której chciałam nie pamiętać. Więc teraz nawet bardziej niż kiedykolwiek doceniam uniwersalizm muzyki którą znam. Muzyki która napędza filmy w mojej głowie przez cały czas, czasem się kojarzy, ale jednak raczej nie, dzięki której nie popadam w ekstremizm. Nie żebym czasem nie włączała specjalnie, czegoś co wstrząsa mną, wyciska łzy, ciarki przechodzą nie tylko po plecach.

(Jak to. Albo to. Mało która piosenka wywołuje u mnie takie ciary. A to to już w ogóle niszczy i miażdży. I nie dlatego że się kojarzy, słodko-gorzko. Bo najpierw zmiażdżyło i zgniotło i odebrało mowę.)

…ale raczej trzymam się stabilności, bo w sumie mi jej teraz potrzeba, stabilności, stabilizacji, stabilizatora. Punktu zaczepienia. Muszę złapać oddech, trochę dystansu, od stanu gdzie dziesiąte piętro to jednocześnie za wysoko i za nisko, gdy mój świat przypomina kulę wypełnioną deszczem, gdy działam na autopilocie, gdy mam nadzieję uniknąć szaleństwa* i gdy fałszywy uśmiech przykleja mi się do twarzy na zbyt długo i gdy zbyt długo musisz czekać na cud. Czuję jak nitka zwija się w kłębek. W kłąb, a we mnie rośnie coś, czego jeszcze nie potrafię określić, ale rośnie na złej glebie. Nienawiść nie jest siłą twórczą, jednak tylko to momentami trzyma mnie na powierzchni.

A jednocześnie, obok desperacji czuję ogromną łagodność, ale nie taką wynikająca z rezygnacji. Łagodność, która rozmywa kontury rzeczy i szuka jasnych punktów. Łagodność, która daje nadzieję – dobrą zmianę. Łagodność, która przynosi wiarę w moc sprawczą słów wypowiedzianych na głos. Która pozwala doczekać na kolejny film z dobrych wspomnień.

Która daje światełko w tunelu.

*(i’m hoping for myself to escape insanity. i’m hoping.)

jestem frajerką.

Mam ochotę zakończyć ten post na samym tytule. Nie chcę się powtarzać.

Mam wrażenie że już wszystko powiedziałam.

Kto po raz kolejny chce słuchać o smutku i frustracji?

Kto chce słuchać o grudniowej mgle na dziesiątym piętrze i niewidzialności w świetle jarzeniówek?

O zwalnianiu na przejściu dla pieszych i odprowadzaniu tramwaju wzrokiem?

Albo o tym że pieczenie ciasta poprawia humor?

I jeszcze o tym, że czekam na piątek jak nigdy wcześniej.

I jak bardzo cieszę się że mam Jego.

I że cudownie jest przyjść jak do siebie.

Że nie wiem, kogo widzę kiedy patrzę w lustro.

Szukam siebie w ciemnym, szarym poranku, malując oczy.

Opróżniam głowę. Piszę, piszę i jeszcze raz piszę.

 

Jestem frajerką. Nie tylko w przypadku, kiedy pomiędzy idealistką i frajerką można postawić znak równości.

Coraz częściej czekam na sen. Ciemność zapada tak szybko. Ciemność jest ze mną gdy wstaję. Gdy wychodzę i gdy wracam. W sercu mam czarną plamę.

Chciałabym nie traktować tego poważnie, ale frajerki chyba tak mają.

Idealistki.

Naiwniaczki.

Politowanie.

Czy nie mam w życiu większych problemów? A nawet jeśli mam, to co? Każdy ma. Ale to te nieduże są jak kamyczek który wpada nam do buta, jak zwijająca się skarpetka. Uciekający autobus. Korek, odległość, która sprawia że szybciej dojedziesz z Łodzi niż z drugiego końca miasta W. Kawa wylewająca się na kurtkę. Zły sen. Życie składa się z ułamków.

Tęsknota.

Nawet schodów mi brakuje.

Okna na dziesiątym piętrze wychodzą na złą stronę.

Oby tylko przetrwać zimę.

 

opowiem wam coś o byciu smutnym.

Nadszedł listopad. Obiecałam, że wrócę. Musiałam wrócić.

Pewnie do samego końca pisania tego posta będę miała chęć go skasować. Pewnie kilka osób popuka się w czoło i powie, że tak właśnie trzeba było zrobić. Bo pisać będę o rzeczach niepopularnych, nie wpisujących się w obecną rzeczywistość: że zawsze trzeba być twardym, że okazywanie słabości jest be, że trzeba być minimalistycznym, elastycznym, poker face. Będę pisać o tym, że ja się z tym nie zgadzam. Że co roku, na przełomie jesieni i zimy mam ochotę zapaść się pod ziemię, nieważne co się dzieje, dobrze, źle, normalnie, ta jesienna melancholia którą dzieliłam się z Wami w październiku, w listopadzie i grudniu zmienia się nieuchronnie w jesienny dół, gdzie niesamowicie szybko przychodząca ciemność i zimno są przyczynkiem do gwałtownego spadku nastroju w dół. Dodatkowo tak się jakoś składa że ten listopad i grudzień są zawsze dla mnie życiowo ciężkie a krótkie dni i deszcz jakoś w tym niespecjalnie pomagają.

Pewnie pamiętacie posta o zmianach. O końcach i początkach. Ale wtedy był marzec. Z perspektywy czasu widzę, że ta zmiana była bardzo pozytywna, dobra, choć początkowo było mi naprawdę ciężko to sobie przyswoić, ale pozytywy wyszły na światło dzienne dość szybko. Tylko nic się z tego nie nauczyłam, bo nie chciałam, i dalej nie chcę.

Bycie idealistką jest trudne, bo gdzieś tam w głębi jest ten ciągnący, bijący po twarzy sceptycyzm, twardy realizm: nic nie trwa wiecznie. Pewne są jedynie zmiany a logika zostaje za drzwiami. Więc się nie nauczyłam. Bo jestem taką osobą, która szybko i łatwo się przyzwyczaja. Do ludzi, miejsc, do czystego stanu rzeczy. I kiedy kilka tygodni temu A. powiedziała mi że będę musiała na jakiś czas (jaki? niewiadomo, krótszy, dłuższy, kto to wie) porzucić swoją strefę komfortu, zostawić znajome miejsca miejsca i twarze (ale przecież nie jesteś jedyna, zresztą tu się tak szybko wszystko zmienia, nie wiadomo co będzie za x czasu), ogarnął mnie najpierw strach, potem pewna ciekawość a na końcu szalony sprzeciw i smutek. I ten smutek trwa we mnie do dziś i nie chce odejść. Żeby nie było, nie przeganiam go jakoś specjalnie intensywnie, ale też staram się go nie pielęgnować. Naprawdę nie lubię być smutna. Ale taka jest prawda: nie jestem twarda, często wręcz bywam miękka jak plastelina, ufna w ten świat, wrastająca w glebę mocno jak chwast. Próbuję pogodzić się ze zmianami, ale idzie mi to naprawdę kiepsko, bo kiedy wydaje mi się że będzie dobrze, coś w mojej głowie robi pstryk, tłucze szklankę, leją się łzy. M. posunął się nawet do twierdzenia że robię z tego tragedię, że przecież to takie nic. No pewnie. Takie nic, ma rację, przecież to nic, ja o tym wiem. Ale jednak jest mi smutno. I to prześladuje mnie, czai się gdzieś w zakamarku umysłu, kiedy tylko mija kolejny dzień a ja wiem że to jest kolejny dzień przybliżający mnie do zmiany. Boję się. Otwarcie i nietypowo dla naszych czasów przyznaję się: tak, boję się. Jestem pełna słabości i ufności i strachu i boję się i nie chcę, a jednocześnie wiem, że takie po prostu jest życie i trzeba to zaakceptować. Kto wie, gdzie spotkamy się za chwilę.

Wrzucam bez zastanawiania się i bez edycji.

wyjaśnijmy coś sobie. osobiste.

Miałam kilka pomysłów na następnego posta, i być może jeszcze na następne. Ale wygląda na to że wszystko zbierze się w jednym miejscu, w jednym poście. Bo coś we mnie w końcu pękło. Myślałam że się spektakularnie rozpłaczę. Ale nie. Po prostu się wkurzyłam. I postanowiłam o tym napisać. A ponieważ to jest mój internetowy pamiętnik, piszę to wam, dla was. I dla siebie.

Coś osobistego i nic odkrywczego: jestem jaka jestem. Czasem dziwna, bez tajemnic ale pełna niespodzianek. Trudna, niezdecydowana, trochę porywcza, zmienna, dziwna. Staram się, chociaż czasem mi nie wychodzi. Często walczę ze sobą i dużo wtedy mówię do siebie.

https://scontent-fra3-1.xx.fbcdn.net/hphotos-xat1/v/t1.0-9/12118992_1121367541215568_7917591756904460646_n.jpg?oh=b2e6264be9397d7865bbbfc89b1b1317&oe=5691C107

(sama prawda na tym obrazku.)

Wiecie jak to jest. Albo i nie wiecie, ale ja robię to od tak dawna że nie widzę w tym absolutnie nic dziwnego. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie że czasem wręcz pomaga. Są rzeczy które tylko wypowiedziane na głos mają sens i przestają tak bardzo uwierać. Trochę tak jak z płaczem. I jak z tym moim pisaniem, które pomaga zachować higienę umysłu. Tak, czasem chowam po kątach, żeby inni nie widzieli moich łez, ale dawno przestałam już się bać i przejmować tym, co ludzie pomyślą albo powiedzą o takim ekshibicjonizmie emocjonalnym. Co zresztą działa w obie strony. Wolę dowiedzieć się nawet najgorszej, najbardziej nieprzyjemnej prawdy prosto w twarz niż próbować się czegoś domyślać. A musicie wiedzieć, że jak na kobietę jestem wyjątkowo mało domyślna.

Wyjaśnijmy coś sobie. Jak w temacie. Osobiste. O sobie. Lubię znać przyczynę i lubię znać odpowiedzi. Nie lubię spędzać za dużo czasu na bezsensownym rozmyślaniu. Denerwuje mnie to. Kiedy coś za mocno zaśmieca mi głowę to się denerwuję. Lubię też mówić ludziom rzeczy wprost. Staram się nie ukrywać swoich uczuć, ale czasem czegoś nie robię bo się zwyczajnie boję i to bardzo komplikuje mi życie. Niektórzy wiedzą, jak bardzo przejmuję się opinią innych. Tak, wychodzę z założenia – wydaje mi się, że słusznego – że nie jestem ani chlebem ani bułkami żeby wszyscy mnie lubili bo tak się po prostu nie da. Ale jednak się przejmuję, czasem może aż za bardzo. Chowam się wtedy w swojej skorupie. Za rondem kapelusza, chowam nos w szalik. Znikam. Nie ma mnie. Gubię się.

Ale dzisiaj początkowa melancholia przeszłam we wkurzenie. Na samą siebie i na to, na co nie mam wpływu. I to wkurzenie wywołało dzisiejszy wpis. I cieszę się, że tak się stało. Bo choć już wcześniej postawiłam mały krok w kierunku zmian, to dopiero moje wkurzenie sprawiło, że chcę się zebrać w sobie. Chcę przestać się bać. Chcę wreszcie odciążyć się od tych ton smutku, strachu, melancholii. Jesień i zima to jedno, ale niech chociaż w pozostałe pory roku będzie jaśniej i lepiej. Normalniej. Prościej. Żeby łzy nie były jedynym rozwiązaniem złych emocji. I żeby tych niedobrych emocji było jak najmniej. Jasne, wiem że nie stanie się to nagle i z dnia na dzień –

– ale myślę, że to całkiem dobry początek.