october, czyli o ósmym miesiącu który jest dziesiątym. obrazki.

No to jest. Październik. Tym razem niepostrzeżenie przemknął się po trzydziestu dniach różnego września. Właściwie bezboleśnie, bo ostatnie dni września raczej nie rozpieszczały ciepłem, zwłaszcza o poranku. Porankami od zimnego powietrza boli nos i ma się ochotę wrócić po rękawiczki. Inny jest wiatr, inne światło. Wszystko bardziej ostre, przejrzyste. A gdy zbliża się osiemnasta, słońce coraz szybciej zwija się za horyzont znacząc niebo kontrastującym, bursztynowym pomarańczem. O dziewiętnastej nikt już nie pamięta co było wcześniej. Ciemność i jeszcze mocniejszy chłód. Nie wątpię, że jeszcze i w miesiącu paździerzy zdarzą się piękniejsze, cieplejsze dni, ale nie zamaskują one zbliżającego się czasu hibernacji.
A melancholia trwa. Jesienią zawsze czuję się jakby coś mnie zjadało od środka. Czasem tylko kąsa, podszczypuje po kawałku, a czasem szarpie jak wściekły pies. Daje się to zwłaszcza odczuć kiedy rano jadę do pracy (wróciłam na razie na starą, tramwajową półgodzinną trasę) i zwłaszcza jeśli czytam książkę. Odcinam się wtedy totalnie od rzeczywistości i muszę tylko pamiętać, żeby wysiąść na swoim przystanku, obok drzewa które z zielonego stało się żółte a teraz już prawie bezlistne. Kilkanaście dużych kroków, głęboki wdech, skrzywienie ust. Kolejny dzień. Kiedy wracam jest jeszcze jasno ale ostatnie wyjście z pracy o dziewiętnastej boleśnie uświadomiło mnie, jak szybko październik kradnie dzień. Co tam po dodatkowej godzinie snu, kiedy już za chwilę zacznie się kilkumiesięczny deficyt światła. No light, no light. Bądźcie pewni, że i wtedy do Was przyjdę.

Tymczasem próbuję znaleźć idealną równowagę, ten cudowny balans który zdarza się tylko czasami, kiedy stoi się na jednej nodze nad przepaścią i kręci piruety. Z odpowiednią dozą respektu dla wysokości, z wystarczającą nieustraszonością by wiedzieć, że nie spadniesz. Z dumą, że się udało, z błogą nieświadomością tego co może być jutro i tego, co kryje się pod zwojami mgły na dole, lecz ze świadomością, że jest ktoś kto czeka na dole by cię złapać, kto stoi za Tobą, by się podtrzymać gdy się przewrócisz. Próbuję wierzyć, że tak powinno być przez cały czas, ale jednocześnie kąsająca melancholia (staram się trzymać ją w ryzach ale nie zawsze się to udaje) przypomina mi że takie chwile zdarzają się niezwykle rzadko i nie sztuką jest żyć, gdy ma się wszystko, ale wierzyć, że gdy czegoś brakuje (a przecież zawsze czegoś brakuje, jakiegoś trybiku, przebłysku słońca, odpowiedzi na pytanie: dlaczego?) też można, a nawet trzeba funkcjonować.

Pływam w morzu melancholii i próbuję się nie utopić.

A gdy jesienią, październikiem, zawodzą mnie słowa a niektóre kroki noszą znamiona wahania, wracam zawsze do tej piosenki.

seasons change, memories fade
daydreams fall like golden leaves

another day
i’m watching dreams just slip away
the summer moon

gives way to autumn’s dusky gloom

ten post nie będzie miał tytułu, ale będzie miał kropkę na końcu.

Miło wiedzieć, że ktoś tu zagląda. Czasem, ale jednak.

Choćby na krótką chwilę. Dobrze że jesteście.

Ja też jestem, znów. Trochę czasu minęło, ale znowu nie tak wiele. Jakoś łatwiej mi się pisze kiedy mam o czym myśleć i kiedy pewne rzeczy same formują się w głowie jak kłębki kurzu i sterty liści. Liście spadły po upalnym lecie. Jesień przyszła. Światło mówi: wrzesień, niemalże październik. Zimno. Chowam się w długich rękawach i wełnianym kapeluszu, ręce wbijam głęboko w kieszeni. Wiatr wpycha mi włosy do ust, kiedy szybkim krokiem idę na poranny pociąg. Zbiegam po schodach na peron wprost w kałużę. Krzywię się. Czerwone tenisówki to zdecydowanie nie buty na taką pogodę.
Jazda pociągiem jest krótka, ale czasu na myślenie jest wystarczająco dużo. Wilgoć. Ludzie parują od deszczu, czytają, kiwają głowami do muzyki, próbują złapać jeszcze te kilka chwil zanim drzwi pociągu się otworzą a rzeka zaleje perony i schody. Dzień jak codzień. Dalej jest zimno, myślę o herbacie którą zrobię sobie w pracy. Dzisiaj wypiłam cztery, sezon herbaciany można więc zdecydowanie uznać za otwarty.

Nie słodzę. A kawę piję teraz rano i czasem popołudniu, kiedy nadchodzi druga runda starcia z sennością i niskim ciśnieniem.

W pracy nie myślę. Chociaż nie, czasem myślę i zapisuję to co myślę dla higieny umysłu. Zawsze tak miałam, zawsze musiałam pisać co mnie męczy, denerwuje, metafizyczne rozważania i bardziej przyziemne sprawy. Stare pamiętniki czasem rozbawiają mnie do łez a czasem myślę, że ta kilkunastoletnia-dwudziestoletnia ja miała więcej rozumu niż ja teraz. Była mądrzejsza, dojrzalsza. Tak myślę, że wtedy miałam rację częściej niż ja mam teraz. Czasem uczę się od swojego przeszłego „ja”. Myślę, że już o tym pisałam, w poście w którym płynie Wisła. Kiedy lato dopiero się zaczynało a słońce wstawało o czwartej rano.

Często myślę razem z muzyką. Jakiś tekst, jedno zdanie uwalnia z haczyka wspomnienie – myśl, obraz, skojarzenie, sytuację. Czasem dopada mnie przez to stara muzyka, coś czego nie słuchałam od wieków i pewnie straciłam razem ze starym dyskiem z komputera. Dużo częściej jednak to sytuacja powoduje muzykę. Ostatnimi czasy, pieprzona melancholia. I te pozbijane kłębki myśli które pomału rozrywam na kawałki w swojej głowie. Próbuję zrozumieć czego chcę, czego się boję i dlaczego, czemu dzieją się rzeczy takie a inne. Czemu znowu początki i końce ale więcej początków, więcej rozczarowań samą sobą i innymi, więcej oczekiwań i więcej strachu. Próbuję zrozumieć siebie, dlaczego jestem taka jaka jestem, ogarnąć to że wszyscy jesteśmy trochę wariatami. I dlaczego bywam dla siebie najsurowszym sędzią, kiedy inni mnie komplementują, kochają, uśmiechają się. Siedzę z boku. Patrzę w górę. Odwracam wzrok, patrzę w podłogę. Zakładam kapelusz, owijam się szalikiem, wychodzę w deszcz, wiatr, chmury. Jesień. Uśmiecham się do myśli w których tańczę po całej sali, boso. Kradnę kapelusz. Mało kto wie, że kocham tańczyć, że mogłabym tańczyć sama na środku ulicy, bezstylowo, tak po prostu. Przez te kilka godzin czułam się żywiołem (jakkolwiek beznadziejnie i banalnie to brzmi), jak trickstery tylko trochę mniej złośliwa. Łagodna. Roześmiana. Nawet teraz gdy to piszę, uśmiecham się na to świeże wspomnienie. Próbuję siebie zrozumieć, ale nie wiem czy kiedykolwiek mi się to uda. Zanurzam się w muzyce. Marzną mi ręce.
Jesień.
D.

what is, what should and what never could be czyli o moim blogowaniu krótkie rozważania

Medium społecznościowe przypomina mi, że nie publikuję od 24 dni. A statystyki mówią mi, że czasem do mnie zagląda ktoś. Czasem, co drugi dzień, ale zagląda ktoś. Fajnie, że jesteście. Nawet jeśli nie ma was wielu.
Kontynuując temat wielości, najwięcej w swoim życiu pisałam dla samej siebie. Dla jedności. Mam mnóstwo starych pamiętników, które często czytam, notesy pełne różnych przypadkowych zapisków, na komputerze mam folder z wierszami, opowiadaniami i strzępkami pomysłów. Zdarza się, że muszę się powstrzymywać przed kupnem kolejnego ładnego notesu. Ech.
Być może w dobie blogów tematycznych, mój powrót do pierwotnej idei bloga jako internetowego pamiętnika może wydawać się nieco zabawny i staromodny. Jednak uwierzcie mi, że czytam naprawdę sporo różnych blogów i szczerze mówiąc nie jestem pewna czy konkretna tematyka to jest coś co chciałabym robić. Fakt faktem, o wiele łatwiej przychodzi mi pisanie spontanicznych, często mocno emocjonalnych postów. I tak przestałam traktować moją własną życiową piaskownicę jak worek treningowy, bazgrolnik i staram się pisać częściej. Wciąż jednak planuję rzadko i z mocniej przemyślanych postów, oprócz recenzji biografii Tuwima był jeszcze ten o tym, dlaczego kocham morze. Post zaplanowany to post przemyślany. Taki, do którego pomysły i zdania rodzą się podczas codziennych podróży pociągiem i tramwajem. Tam też przyczyną jest iskra, słowo, obraz, gest, ale to wszystko jakoś dłużej dojrzewa, pęcznieje, aż w końcu którymś mniej sennym wieczorem zbieram się i stukam w klawiaturę. Często przed tym zapisuję urywki myśli w kalendarzu czy notesie. Ci, którzy ze mną pracuję, widzą, że czasem w chwili mniejszego skupienia coś tam zdarza mi się skrobać długopisem przyniesionym w domu. Czasem robię to tylko dla higieny umysłu (myślę, że jednym z powodów dla którego przez całe życie jeszcze nie zwariowałam, jest oczyszczanie umysłu poprzez przelewanie myśli na papier), czasem mam jakiś “genialny pomysł”. Stąd zawsze moja torba jest dociążona notatnikiem. Kto wie, kiedy przyjdzie mi coś do głowy.
O czym ja to? Ach tak, internetowy pamiętnik. Właściwie to lubię pisać właśnie o tym, co tu znajdziecie, o emocjach, wspomnieniach, skojarzeniach. Na własnym przykładzie. Ale kto może wiedzieć, co przyniesie mój pisarski los. Ten blog jest niczym esy floresy, które tak lubię rysować. Zaczyna się od kropki, a linie rozbiegają się po kartce fantastycznymi falami i zawijasami. Something’s cooking in the mind’s kitchen. Do przeczytania (mam nadzieję) wkrótce.
D.

futures, the past and present

[pisane nocą]

Sama siebie nie poznaję, kolejny już post. Głowa może nie pęka od pomysłów, ale tematy pączkują, dojrzewają, przychodzi ich czas, wychodzą na światło. Ostatnio do refleksji skłoniła mnie wizyta na wiślanym brzegu. Bo te miejsca jakoś przewijają się w moim życiu, brzeg głównie lewy ale prawy też odegrał swoją rolę. I kiedy noc była jeszcze młoda, zanim było pite i tańczone, zeszłam na nazwijmy-to-plażę, zdjęłam buty i spojrzałam w niebo, a w głowie ruszyła taśma. Niedługo minie dziesięć lat odkąd Wisła jest mi bliska. A zaczęło się od zupełnie innych rzeczy, gdzieś przy sali od matematyki na korytarzu gimnazjum, z discmanem Z. i “the band from north Dublin called U2”. Pewnie bez tego i dalszych wydarzeń związanych z czterema Irlandczykami, nie pokochałabym Wisły zanim nie pokochali jej wszyscy inni. Kiedy była dzika i bez potencjału.

Większość wspomnień się ze sobą nie łączy i nie wynika jedna z drugich a raczej z następstwa czasu. Spaja je tylko waga osób, które tam ze mną były i pewna przewidywalność zdarzeń. I moja (nad)wrażliwość, czasem może tani romantyzm. W niedzielę pierwszy raz widziałam nadwiślański świt. Wschód słońca, czwarta, piąta nad ranem. Dużo zachodów wcześniej i ten jeden wschód teraz. Niesamowicie banalne, a gdybym była mniej pijana, pewnie uroniłabym łzę ze szczęścia. A tak tylko mamrotałam jakie to jest zajebiście piękne. Przepraszam, poniosło mnie.

Ale kiedy wspomnienia następowały po sobie, nie mogła znieść tych miejsc, które były mi bliskie. Trochę tak jak z piosenkami, couldn’t listen to a joke or a rock’n’roll, jednej nie mogłam słuchać przez rok. Ale przeszłość została zaakceptowana, pamięć jest selektywna. Kiedy byłam młodsza i głupsza, przeszłość wpływała na mnie dużo bardziej. Dużo mocniej biła po twarzy, porażała nagłymi skojarzeniami, jak jeleń w świetle reflektorów. Dużo się do niej odwoływałam, analizowałam. Dużo pisałam w rozlicznych pamiętnikach, potrafiłam jedną rzecz obracać w głowie i w piśmie po tysiąc razy. Ale młoda byłam i głupia. Przeszłość na mnie wpływała a ja nie uczyłam się niczego. Teraz dopiero, z perspektywy kilku lat patrzę na siebie i się śmieję, teraz dopiero się uczę, teraz staram się nie popełniać starych błędów. Są sytuacje które lubią się powtarzać, są rzeczy żywcem wyjęte ze snu deja vu i dopiero teraz wiem, przewiduję sama siebie, jestem spokojna, bo to już przecież było. A czasem wiem jak było a i tak głowa robiła co chciałam i ja robiła co chciałam i wiedziała co będzie a nic się nie nauczyła. Często sobie powtarzam, że wtedy byłam w jakimś punkcie życia, która wybacza pewne rzeczy, a potem już nie, potem już jest tylko głupota i “a nie mówiłam”?

Nie chciałabym być więźniem przeszłości, choć dużo najlepszych rzeczy zdarzyło się właśnie tam. Nie mogę powiedzieć, że nie lubię własnego życia, ale czasem mam wrażenie, że kiedyś było dużo prościej. Choć pewnie wtedy tak nie myślałam, a tylko jeszcze bardziej brałam rzeczy do siebie.

Teraźniejszość jest wypadkową wszystkiego.

[pisane wieczorem innego dnia]

wczoraj poczułam wyjątkową potrzebę zobaczenia się z A. (Y!) Wypiłyśmy całą butelkę wina i płakałyśmy ze śmiechu, właśnie nad naszą przeszłością. Jakie to wtedy było proste. Jakie to były wtedy problemy! Że to były piękne czasy. Śmiałyśmy się z samych siebie, wspominałyśmy. Cytowałyśmy naszego starego bloga, którego nikt nie czytał poza nami. Ale w końcu jeden plus jeden to trzy. Tam znalazłam cytat, który zresztą sama dodałam, a z którym zgadzam się w całej jego rozciągłości:

“Uważam, że wspomnienia powinno się przechowywać wyłącznie w nas samych. Pozwalać czasowi zniekształcać je, zacierać i rozmazywać. Tylko wtedy mają jakiś sens. Można potem wydobywać je z pamięci, wypłukane i wygładzone niczym kamienie z dna rzeki. Próbować odnajdywać pierwotny kształt. Omijać, co nieistotne, dodawać to, czego brak, rekonstruować zagubione szczegóły. Bez żadnych ograniczeń budować z nich własną wersję przeszłości.”

jan krasnowolski soup a la bremenese / klatka

Z tym Was zostawiam. Od soboty urlop. Zamojszczyzno, nadchodzę!

niezmiennie,
D/X

the thing about being in and out, sometimes

Myślę o tym dużo ostatnio. Nie w kontekście żadnej mody ani trendów, raczej codziennego życia i jak płynnie można przejść z jednego stanu w drugi. Czasem wystarczy jedna rzecz, jeden czynnik drażniący, rozpraszający, wywołujący wkurw, euforię, zaskoczenie, można tak wymieniać bez końca.

Długo zbierałam się do tego posta, jak zwykle. Miałam masę koncepcji, które zmieniały się jak w kalejdoskopie, ale jednak najlepsze jest spontaniczne działanie, dobry moment. Wpadanie. Jest flow, tekst sam wychodzi spod klawiatury, czasem spójnie, czasem mniej, zwykle jednak na temat. Wena. Najlepsze pomysły. Poza metaforyczną krawędź wypadam praktycznie przez cały czas. To mieszanka masy różnych emocji: niewiara we własne umiejętności, gorszy dzień, piekące oczy, natłok myśli którego nie sposób opanować albo myśli nie nadające się do publikacji.

Poranek, letni, więc wystarczy założenie butów. Znów gdzieś zagubione pięć, czasem dziesięć minut, ale jakoś udaje się zdążyć na pociąg. Zwłaszcza sobotnie poranki w pełnym słońcu są piękne. Kiedy jedzie się trasą od stacji Śr do stacji Sł, przez jeden krótki moment, pijąc mocną kawę można pomyśleć, że jest się gdzie indziej. Bo zieleń, krzaki, drzewa, pola, maki, łubiny (nieodłącznie kojarzące się z działką babci), świeże, błękitne niebo. Uśmiech. Podobnie jest w wieczory przy zachodzącym słońcu. Straszny banał. Ciepłe światło muska twarz przez szybę i zamiast w zazwyczaj wolnej i tylko czasem szybkiej kolei miejskiej można poczuć się jak w pociągu dalekobieżnym, prawie jak w piosence Maryli.

Inny poranek, kiedy ledwo się zdążyło, nie ma miejsca, a pociąg ma przestoje na peronach. Albo normalny poranek i ktoś idący zbyt wolno, zbyt szybko, deszcz znikąd, spóźnienie, kolejne.

A czasem olśnienie, szczegół, myśl która wali jak obuchem w głowę. Czasem nawet można nie zdążyć z reakcją i ta myśl wywołuje efekt domina, zdziwienie, niewiadome skutki. Proste skojarzenie, ledwo słyszalne echo starych emocji i panika, kumulacja, strach, łzy. Tak niewiele potrzeba.

Każdy tak ma, czasem, często, codziennie. Życie uczy, że czasem warto się poddać.

Wpadamy i wypadamy nie zwalniając tempa, w rytm naszych kroków.

Stay safe,

D.

i know the sun was set to rise. końce i początki.

I znowu tu jestem.

Widać, że jednak lepiej wychodzą mi spontaniczne posty niż zaplanowane. Pewnym jest, że gdyby nie pewne wydarzenia ten post pewnie nigdy by nie powstał. Albo powstałby w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Innym życiu. Sytuacji, które mogły zapoczątkować żywot tekstu o końcach i początkach było już pewnie w życiu wiele, ale jakoś tak się złożyło, że piszę o tym dopiero teraz. Piszę, niewiele się zastanawiając. Słowa zapączkowały w głowie wietrznym popołudniem. I jakoś nie chciały wyjść z głowy.

Tekst będzie o prawdzie uniwersalnej: że każdy koniec to nowy początek. I że coś się kończy, coś zaczyna. I że to nie koniec świata. I jeszcze, nie smuć się że się skończyło, tylko ciesz, że się przytrafiło. I o tym, że jak każda uniwersalna prawda: łatwiej powiedzieć, trudniej wykonać. A czasem najtrudniej zrozumieć.

Tekst nie będzie się zupełnie wdawał szczegóły co, jak i dlaczego. Bo to nie o to chodzi. Bo dla każdego inna sytuacja może wywołać iskrę. Bo czasem koniec jest milczący. Trochę jak dziś. Czasem koniec jest spektakularny. Czasem wiedzą wszyscy, czasem nikt. Czasem tylko my. I ta rolka filmu kręcąca się w głowie nagle się urywa i przechodzi do archiwum.

Tekst będzie o tym, że większość końców bywa smutna, jak ten dzisiaj. Czasem jednak jest radosna i przynosi uczucie ulgi – że to już, koniec. I czasem, razem z ulgą – triumfu. To nie dzisiaj. Ale miało nie być szczegółów. Czasem koniec nie przynosi zupełnie nic. Jest pozbawiony znaczenia. Jest dokładnie tym, czym miał być.

Tekst będzie też o tym, że zarówno początki jak i końce bywają trudne. Że tak samo trudno jest zacząć jak i skończyć. Że zazwyczaj początki niosą więcej radości niż końce, ale często euforia rozpływa się w trakcie. Że czasem są pewne rzeczy które mają początek a nie mają końca. Czasem to dobrze. Czasem źle. Często – po prostu normalnie. Krąg życia.

Tekst powie Wam też, że są ludzie tacy jak ja, którzy na widok końców drżą z przerażenia. Zwłaszcza, gdy nie mogą od nich uciec. Albo próbują uciekać, ale już jest za późno. Są też tacy, którzy uciekają od początków i opóźniają je tak długo, że one czasem nigdy nie przychodzą. A są i tacy – pewnie większość – która nad tym się nawet nie zastanawia i przyjmuje wszystkie końce i początki bez wyjątku, bez protestu, tak po prostu.

Och, jak ja im zazdroszczę.

better the devil you know. jeszcze raz o książkach.

Nosiłam się z zamiarem napisania tego postu już jakieś dwa tygodnie. Pomysł na niego, równocześnie z tytułem, zakiełkowały u mnie w momencie kiedy w mojej głowie zapaliła się pewna żaróweczka.. ale po kolei.
Na początku muszę Was przeprosić. Bardzo chciałam i bardzo w siebie wierzyłam, że mój kącik recenzyjny wypali. Że w tym roku pochłonę tę zaległę masę książek, będę niczym książkowy potwór a recenzje będą się sypać jak z rękawa. Oh well. Cóż jednak, kiedy jak co roku dopadł mnie kryzys czytelniczy, konkretna czytelnicza niemoc. Zaczęło się już przy Tuwimie. Jak już w pisałam w poście recenzyjnym, czytanie biografii było dla mnie czymś nowym, a przynajmniej w mojej opinii nie jest to gatunek zbyt wdzięczny, o ile nie jest to czyjś konik. Jednak nie bez powodu największym powodzeniem od lat cieszą się kryminały i thrillery, książki które toczą się wartko, z wieloma zwrotami akcji i soczystymi opisami po drodze. I na początku myślałam że to jedynie kwestia gatunku książki, więc kiedy zadowolona przebrnęłam przez ostatnie 70 stron, natychmiast zabrłam się za kolejną lekturę. Najprawdopodobniej wciąż wisi ona jako kolejna książka przeznaczona do zrecenzowania, jednak z przykrością stwierdzam, że recenzji raczej się nie doczeka. Bo o ile podobał mi się pomysł i na początku byłam oczarowana czarnym humorem i bezpośredniością podchodzenia do pewnych spraw, to w pewnym momencie zmęczyło mnie przeładowanie wymyślnymi porównaniami, wydumaną momentami filozofią i w końcu – ekstremum, do którego autorka popycha główną bohaterkę. Nie byłam zadowolona, oczekiwałam czegoś więcej. Ale i tu podejrzewałam jedynie zmęczenie materiału więc sięgnęłam po kolejną książkę. Myślę, że mogło to mieć miejsce na początku stycznia. I od tej pory nic. Przeczytałam sto stron i nic. Książka leży i czeka aż natchnie mnie magiczny duch czytelnictwa, który sprawi, że na nowo wyląduje w mojej codziennej torbie jako dodatek do półgodzinnej podróży w jedną i drugą stronę, z domu do pracy i z pracy do domu. Ale nic takiego się nie działo. Nie kusiło mnie nawet to, że autorką jest Zadie Smith a książkę bardzo chciałam przeczytać w oryginale. Mniej więcej sto stron i koniec. Od tamtego czasu książka leży na biurku. Przez jakiś czas nie czytałam nic. Drogę do i z pracy spędzałam na stojąco, czasem słuchając muzyki a czasem przeglądając internet. Czasem po prostu gapiłam się przez okno, myśląc. Aż do czasu zapalenia się tej żaróweczki.
Czujecie czasem taki impuls, przychodzący nie wiadomo skąd? Iskra spontaniczności, czasem zachęca do zrobienia czegoś szalonego, nietypowego, czasem głupiego. Czasem jest to przebłysk geniuszu. A mnie ten impuls nawrócił do czytania. Zjawił się naprawdę znikąd, bardzo niespodziewanie. Zwyczajnie przebiegałam wzrokiem moje półki z książkami, kiedy mój wzrok zatrzymał się na tej jednej, wyjątkowej. Na książce z którą jestem bardzo mocno związana czyli “Białej gorączce” Jacka Hugo-Badera. Ta książka też zresztą wzięła się z impulsu. Dobrych kilka lat temu przeczytałam jego reportaż w świątecznym wydaniu Dużego Formatu czy też innego dodatku do Gazety Wyborczej i wtedy postanowiłam że muszę tę książkę mieć już, zaraz, natychmiast. Przeczytałam ją z zapartym tchem, a prawie trzy lata temu wybrałam się na spotkanie autorskie z okazji wydania “Dzienników Kołymskich”. Miałam okazję nawet otrzymać autograf i porozmawiać – a dopiero gdy czytałam ją dwa tygodnie temu uświadomiłam sobie, że autograf otrzymała w dzień niezwykły, a mianowicie 55 urodziny pana Jacka. Od “Białej Gorączki” (wydanie z reportażem mam zresztą do dziś) zaczęła się moja mania czytelnicza i mania reportażowa. A teraz ta znajmoma książka, ten dobrze znany diabeł sprawił, że teraz czytam już kolejną książkę, co prawda też już przeczytaną i też Jacka Hugo-Badera. Ale czytam i to jest dla mnie ważne. W większości czasu brak czytania mi nie przeszkadza, ale są momenty, kiedy sama się zastanawiam dlaczego właściwie przestałam sięgać do książek. Kiedy zapaliła mi się ta “żaróweczka”, naszła mnie refleksja, że te książki znajome, oswojone, są najlepszą drogą powrotu. Często książki znane są też najlepsze. Jedyne. Ukochane. Mocno z czymś związane. Przynoszące otuchę, ukojenie w chwilach zwątpienia. Czytamy je jednym tchem, mimo że historię znamy na pamięć. Warto czasem wracać do takich pozycji. Prawdopodobnie gdybym miała dzisiaj powiedzieć, które książki są najbliższe, pewnie nie doszłabym do 10, jak w pewnej fejsbukowej zabawie. Ale jest kilka takich, do których wiem, że zawsze będę wracać. I już w tej chwili czuję, że następna książka którą przeczytam będzie ta, którą bardzo dobrze znam. Znam na wylot. Jest ulubiona i najdroższa.

Kto zgadnie jaka?
Dziękuję, że jesteście mimo tej nieregularności, mimo niedotrzymanych obietnic. Mimo wszystko.

D.